Robiłabym tak, jak marwika podpowiada. Dzwoniłabym do właściciela. On też odpowiada za to, co się dzieje w mieszkaniu. Po kilku zarwanych nocach może zacznie cokolwiek rozumieć.
Myślę, że my wszyscy szukający porad prawnych i ludzkiego rozwiązania konfliktu jesteśmy normalnymi ludźmi a nie pałającymi żądzą zemsty narwańcami. I wszyscy doskonale rozumiemy czym jest taki hałas i do czego może człowieka doprowadzić.
U nas, po wizycie dzielnicowego, hałasy trwają "tylko" do 22-giej. Jak w zegarku. Reszta bez zmian (nic nie możecie nam zrobić, to przecież dzieci i (ostatnio) mam to gdzieś, zawiadamiajcie sobie kogo chcecie). A po naszych interwencjach (grzecznych prośbach, bez agresji, bez podnoszenia głosu) było jeszcze gorzej. Czasem odnosiłam wrażenie, że te dzieciary nie mają już siły ;-)
Co za głupota, ręce opadają. Ale widać o co chodzi. Nie o dzieci a o wygodę własnych czterech liter.
U nas smaży się pismo do sądu rodzinnego (wniosek o wgląd w sytuację dziecka) a póki co skorzystam z mediatora (bo nam naprawdę nie zależy na wojnie). Doradziła mi prawniczka
Wortal mediacyjny
Najpierw musimy znaleźć osobę, która podejmie się roli premediatora, czyli pójdzie do sąsiadów i zapyta grzecznie czy byliby skłonni do rozmowy z mediatorem i czy w ogóle mają wolę porozumienia. Dopiero wtedy wchodzi zawodowy, bezstronny mediator i działa (tu są koszta).
Jeśli skłonni nie są, zostaje nam reszta, czyli nic.
Łamane jest prawo (kilka paragrafów) a my jesteśmy bezbronni. Jednostronnie poza prawem. Otacza nas mur milczenia i wzruszania ramionami. Często prychania z pogardą lub pukania się w czoło (co ci dziecko zawiniło?, to przecież dzieci, nie przesadzaj).
Dopiero jak ktoś odczuje na własnej skórze i nerwach przede wszystkim jest w stanie zrozumieć. Zrozumieć i uciec jak najdalej. Bo przecież nie można złego słowa powiedzieć na dzieci. Nie wypada po prostu. A my wszyscy powinniśmy zacisnąć zęby i z uśmiechem znosić hodowlę przyszłych pokoleń.
Z ciekawostek: dzielnicowy nas unika, nie odbiera telefonów. Po rozmowie ze znajomym komendantem już wiem, że nie będzie lekko, bo "to przecież dzieci" i że przy naszym adresie będzie adnotacja "roszczeniowi" i będą nas olewać. Tak to wygląda.
Pozdrawiam Was wszystkich, trzymajmy się razem.